Opowiadania z dzieciństwa

Uwolnione Brak Komentarzy

Każdy facet ma w sobie coś z małego chłopca, i zostaje nam to do końca życia! Zdarza się że dorośli bawią się zabawkami kupionymi dzieciom na gwiazdkę, sentyment:D A no tak! To tata pierwszy zmontuje tory kolejki elektrycznej, połączy skład, podłączy “trafo” itp… tata pierwszy sprawdzi czy zdalne sterowanie samochodu, samolotu czy helikoptera prawidłowo działa. Co więcej to sprawdzanie często trwa dużo dłużej niż powinno sie to teoretycznie wydawać:D Ale spokojnie! to tylko sprawdzanie:P, kontrola jakości:P, bezpieczeństwa itp. itd. ;D Najzwyklejsza “dziecinna” zabawa, a najmłodsi często towarzyszą jej z westchnieniem zachwytu zamrożonym na twarzach. Sami zapominają jak bardzo jeszcze przed chwilą nie mogli sie doczekać. A teraz w najlepsze bawi sie ich nowa zabawka rodzic i w dodatku nie da jej sobie zabrać ;D Skoro tak bliskie jest nam dzieciństwo, młodość, beztroska pomyślałem sobie że może przywołam trochę wspomnień… Oprócz zabawek rodzice kupowali mi dużo książek. Podczas gdy tymi pierwszymi mogłem bawić sie samemu z książkami było gorzej. Ponoć zdarzało mi sie porwać coś z półki podejść do mamy i zacząć na tyle skutecznie przeszkadzać że musiała porzucić wszystkie sprawy i poprostu mi poczytać. Inaczej sie nie dało;D Wczoraj właśnie oglądałem te okładki i przypomniałem sobie coś czego google chyba w treści wcześniej nie znało:) Zapewne rażąco łamiąc wszelkie prawa autorskie pomyślałem sobie że przytoczę dziś … i oto są dwa z serii 9u opowiadań jakie udało mi sie odnaleźć i przepisać OCR. Pochodzą one ze zbioru opowiadań miesięcznych Serce, autor: Edmund de Amicis, tłumacz: Maria Konopnicka, wydanie: Elipsa, Wa-wa 1991, tytuł oryginału “Cuore”. Wszystkie opowiadania opisują losy małego czytelnika w świecie dorosłych, i w niego też są wycelowane. Poniższe umieszczone są w realiach wojny.

MAŁA WIDETA LOMBARDZKA
W 1859 roku, podczas wojny o oswobodzenie Lombardii, wkrótce po bitwie pod Solferino i San Martino,w której Francuzi i Włosi zwyciężyli Austriaków, w piękny poranek czerwcowy mały oddział konnicy z Saluzzo jechał stępa samotną ścieżyną w kierunku pozycji nieprzyjacielskich, bacznie rozglądając się po okolicy.

Oddział prowadził oficer wachmistrz, a wszyscy jeźdźcy patrzyli daleko przed siebie wytężonym wzrokiem w zupełnym milczeniu, spodziewając się lada chwila ujrzeć poprzez zarośla bielejące mundury austriackie. Tak przybyli do małego wiejskiego domku otoczonego wierzbami; przed nim stał dwunastoletni może chłopczyna strugając nożem gałązkę, z której sobie widocznie chciał gładki kij zrobić. Z otwartego okna domku powiewał szeroki trójkolorowy sztandar, ale wewnątrz nie było nikogo. Zapewne mieszkańcy wywiesiwszy chorągiew uciekli w obawie przed Austriakami.
Ujrzawszy kawalerzystów, chłopiec odrzucił gałąź i zdjął czapkę. Był to piękny chłopczyna z ogorzałą twarzą, z dużymi niebieskimi oczyma, z jasnymi, długimi włosami, a przez otwartą koszulę widać było nagie jego piersi
Co ty tu robisz? ? zapytał oficer zatrzymując konia. ? Dlaczego nie uciekłeś razem z rodzicami?
Ja nie mam rodziców ? odrzekł chłopczyna. ? Jestem podrzutkiem, sierotą, co mi kto każe, to robię, a zostałem tutaj, żeby widzieć wojnę.
A nie widziałeś ty Austriaków?
Nie. Od trzech dni nie widziałem.
Oficer pomyślał chwilę, zeskoczył z konia i zostawiając swoich żołnierzy, jak byli, zwróconych w stronę nieprzyjaciela, wszedł do domu. a stamtąd wdrapał się na dach. Dom był niski.Z dachu widać było tylko mały kawałek najbliższej okolicy.
Oficer znów myślał przez chwilę, patrząc to na otaczające domek drzewa, to na swoich żołnierzy, po czym nagle zapytał chłopca:
Słuchaj, bąku! Masz ty dobre oczy?
Ja? ? odrzekł malec. ? Ja o wiorstę wróbla dojrzę…
A potrafiłbyś wyleźć na czubek tego drzewa?
Na czubek tego drzewa? Ja… Za pół minuty wylezę!
A umiałżebyś mi powiedzieć, co stamtąd widać? O tam! Chmury kurzawy, błyszczące bagnety, konie?…
Co bym zaś nie miał umieć.
A co chcesz za tę usługę?
Co ja chcę? ? powtórzył chłopiec i uśmiechnął się. ? Nic nie chcę Co mam chcieć! A zresztą, dla Szwabów tobym tego za żadne skarby nie zrobił. Ale dla naszych! Przecie ja jestem Lombardczyk.
Dobrze. Właźże prędko!
Zaraz, tylko trzewiki zdejmę…
Zdjął trzewiki, ścisnął pasek od spodni, rzucił czapkę w trawę i objął pień wierzby.
?Uważaj!… ? krzyknął oficer chcąc go powstrzymać, jak gdyby|
zdjęty nagłym jakimś strachem.
Chłopiec obrócił się i spojrzał pytająco swymi pięknymi, niebieskimi oczyma.
Nic już, nic ? rzekł oficer. ? Wyłaź dalej. Chłopak wdrapywał się jak kot na drzewo.
Patrzeć przed siebie! ? krzyknął wtedy oficer na swoich żołnierzy. W parę minut był już malec na samym wierzchołku. Uczepiony
u samego czuba, stał pośród gęstwiny liści, lecz z piersią odkrytą, a słońca tak promiennie bilo w jego jasną głowę, że była jak gdyby złota. Oficer zaledwie mógł go dojrzeć, tak się na tej wyżynie maleńki wydawał.
?Prosto przed siebie patrz i daleko! Jak najdalej możesz! ? krzyknął ku niemu.
Dosłyszawszy chłopak i żeby lepiej widzieć, puścił się prawą ręką drzewa i do czoła ją od słońca przystawił.
?Co tam widzisz? ? zapytał oficer.
Pochylił się chłopak nieco ku niemu i osłoniwszy ręką usta z jednej strony, żeby głos łatwiej szedł, odpowiedział:
Dwóch ludzi konnych na wielkim gościńcu.
Daleko?
Będzie z pół mili.
Ruszają się?
Nie, stoją.
I co jeszcze widzisz? ? zapytał oficer po chwili milczenia. ? Patrz teraz w prawo! ? Chłopiec odwrócił się w prawo, po czym rzekł:
Niedaleko cmentarza, pomiędzy drzewami, coś błyszczy… Coś jakby bagnety…
A ludzi widzisz?
Nie. Pewno się w zbożu skryli.
Wtem dał się słyszeć świst kuli, który przeszywszy wysoko powietrze, daleko gdzieś, poza domem, skonał.
Złaź, chłopcze! ? krzyknął oficer. ? Dojrzeli cię! Nie chcę już nic więcej! Złaź zaraz!
Kiedy ja się nie boję!… ? odkrzyknął malec.
Złaź! ? powtórzył oficer. ? A co widzisz na lewo?
Na lewo?
Tak, na lewo!
Chłopiec obrócił głowę w lewą stronę, w tejże chwili drugi świst, ostrzejszy i niżej, przeszył powietrze. Chłopak wstrząsnął się cały.
Do kaduka! ? zawołał. ? Mierzą we mnie jak w drozda… Kulka przeleciała tuż, tuż…
Złaź! ? krzyknął rozkazująco zirytowany oficer.
Zaraz zlezę! ? odrzekł chłopiec. ? Tylko żem się o gałąź zahaczył, proszę pana. Na lewo, chciał pan wiedzieć?…
Na lewo, ale złaź! ? krzyknął oficer.
Na lewo ? zawołał chłopiec odwracając się piersią w tę stronę ? tam gdzie kaplica, zdaje mi się, że widzę…
Trzeci świst wściekle zatargał powietrzem i nagle chłopak począł na dół lecieć chwytając się gałęzi, po czym spadł głową na dół i z otwartymi ramiony.
?Przekleństwo! ? krzyknął oficer skoczywszy ku niemu.
Chłopiec leżał na wznak, z szeroko odrzuconymi rękami, nieprzytomny. Krew cienkim pasemkiem sączyła się po lewej stronie piersi. A już wachmistrz i dwaj żołnierze skoczyli z koni. Schylił się oficer, rozerwał chłopcu koszulę ? kula karabinowa przeszyła mu lewe płuco.
Nie żyje! ? krzyknął oficer.
Owszem, żyje! ? odrzekł stary wachmistrz.
Ach biedny, dzielny chłopcze! ? wołał oficer. ? Odwagi! Odwagi! Ale gdy tak mówił: ?Odwagi!? i przyciskał mu swoją chustką ranę,
chłopczyna przymknął oczy i opuścił głowę. Umarł.
Zbladł oficer i patrzył na niego przez chwilę, potem mu głowę miękko na trawie położył, podniósł się, stanął nad nim i znów patrzył.
Wachmistrz i dwaj żołnierze patrzyli także na chłopca stojąc nieruchomo. Inni zaś zwróceni byli ku nieprzyjacielowi.
?Biedny chłopczyna! Biedne, dzielne dziecko! ? powtarzał oficer
smutnie.
Po czym zbliżył się do domu, wziął z okna trójkolorową chorągiew i okrył nią jak całunem małe, nieżywe ciałko, zostawiając odsłonioną twarz tylko. Wachmistrz położył przy zmarłym jego trzewiki, czapkę, kijek na pół ostrugany i nożyk.
Stali tak jeszcze nad nim przez chwilę w milczeniu, po czym oficer zwrócił się do wachmistrza i rzekł:
?Przyślemy po niego ambulans wojskowy. Zginął jak żołnierz.
Pochowają go żołnierze. Będzie miał pogrzeb wojskowy.
To powiedziawszy przesłał ręką pocałunek od ust umarłemu i krzyknął:
?Na koń!
Skoczyli wszyscy na siodła, oddział się połączył i ruszył drogą.
A w kilka godzin później mały poległy odbierał honory wojskowe.
O zachodzie słońca posunęły się przednie straże włoskie szeroko rozwiniętym frontem ku nieprzyjacielowi, a na drodze, którą przebieżał z rana oddział kawalerii, posuwał się dwoma szeregami wielki batalion bersalierów, którzy kilka dni przedtem mężnie zdobyli Wzgórze Św. Marcina.
Wiadomość o śmierci chłopca doszła już tych walecznych żołnierzy, zanim opuścili swój obóz. Ścieżyna biegnąca wzdłuż jasnego strumienia o kilka tylko kroków oddaloną była od małego domku.
Więc kiedy pierwsi oficerowie tego batalionu zobaczyli małego trupka, jak leżał u stóp drzewa przykryty trójkolorowym sztandarem, oddali mu pokłon szpadami; jeden zaś z nich schylił się nad brzeg strumyka, zerwał parę kwiatków, których tam było pełno, i rzucił zmarłemu. Tak zaraz inni bersalierzy, jak szli tak się schylali, rwali kwiaty i rzucali je tak samo. W kilka minut ciało chłopczyny było nimi zupełnie pokryte, a oficerowie i żołnierze idąc. tak mówili:
Brawo, mały Lombardyczku!…
Żegnaj, chłopczyno!
Niech żyje sława!
Żegnaj, mały żołnierzu!…
Wtem jeden z oficerów rzucił mu swój medal zasługi. Inny znów pochylił się i ucałował zimne czoło chłopca. A kwiaty padały ciągle na bose nożyny, na piersi skrwawione, na jawą główkę jego. A on jak gdyby spał na trawie, otulony w sztandar, z tą białą twarzą, cichy, uśmiechnięty… właśnie jak gdyby czuł biedny chłopczyna tę pośmiertną sławę i jak gdyby był rad, że życie oddał za Lombardię swoją.

O SARDYŃSKIM DOBOSZYKU
W pierwszym dniu bitwy pod Custozzą, 24 lipca 1848 roku, sześćdziesięciu żołnierzy jednego regimentu naszej piechoty, wysłanych dla zajęcia samotnego domu na wzgórzu, zostało napadniętych znienacka przez dwie kompanie armii austriackiej, które raziły ich strzałami karabinowymi z różnych stron tak, że zaledwie mieli czas w domu owym się schronić i zabarykadować zostawiając po drodze kilku rannych i kilku zabitych.
Zaparłszy drzwi jak było można, rzucili się nasi gwałtownie do okien tak na dole, jak na pierwszym piętrze i rozpoczęli żywy ogień przeciw napastnikom. Ci jednak zbliżali się w porządku, zachodząc półkolem i odpowiadając ogniem równie silnym.
Włoskim oddziałem dowodziło dwóch niższych oficerów i kapitan, wysoki starzec, suchy i surowy, z siwym wąsem i z siwą czupryną. A był z nimi doboszyk, z Sardynii rodem, chłopak nieduży, mało co więcej nad lat czternaście mający, a tak drobny, że wyglądał ledwo na dwanaście, ze smagłą, prawie oliwkową twarzą i czarnymi, skrzącymi oczyma. Kapitan kierował obroną z izby na pierwszym piętrze, rzucając krótkie rozkazy jak pistoletowe strzały, a w jego marsowym obliczu nie widać było żadnego wzruszenia.
Doboszyk, trochę pobladły, ale zwinny w ruchach, skoczył na stół, wyciągnął szyję i chwycił za parapet okna, żeby zobaczyć, co się za nim dzieje. Jakoż zobaczył skroś dymu białe mundury austriackie zbliżające się z wolna przez pola.
A dom stał na urwistym wzgórzu, na samym wierzchołku, po stronie zaś najbardziej stromej wzgórza tego miał tylko jedno małe okienko w izdebce pod samym dachem. Może też i dlatego Austriacy nie grozili tej stronie domu, prażąc ogniem front jego i oba boki.
A był też to ogień prawdziwie piekielny: grad ołowiu, który dziurawił mury i strącał dachówki zewnątrz, wewnątrz zaś gruchotał sufity, sprzęty, drzwi i okna, ciskając w powietrze kawały drzewa, chmury wapna, ułamki cegieł i szkła, świszcząc, skacząc, rwąc w sztuki, co na drodze, że głowa pękała od trzasku. Od czasu do czasu któryś z żołnierzy strzelających z okien upadał w tył na posadzkę, a wtedy przenoszono go na stronę. Wielu z nich dźwigało się znowu i chwiejąc przechodziło z izby do izby rękoma przyciskając rany. W kuchni leżał już jeden zabity, z roztrzaskanym czołem. Nieprzyjaciel ściskał swe półkole.
Aż naraz kapitan, który dotychczas był niewzruszony, zaniepokoił się i wyszedł pośpiesznie z izby, prowadząc za sobą sierżanta.
Za chwilę przybiegł sierżant i zawoławszy małego dobosza dał mu znak, żeby szedł za nim. Chłopak poprzedzony przez sierżanta skoczył na drewniane schody i wszedł na puste poddasze, gdzie kapitan pisał coś ołówkiem na arkuszu papieru, oparty przy owym małym okienku, a przy nim sznur od studni.
Skończywszy pisać kapitan złożył papier i przejmując chłopca na wylot swymi szarymi, zimnymi oczyma, przed którymi drżeli wszyscy jego żołnierze, zawołał:
?Doboszu!
Dobosz przyłożył palce do skroni.
Masz odwagę? ? zapylał kapitan nie zdejmując z niego wzroku. Oczy chłopcu rozbłysły.
Mam, kapitanie!
?Patrz tam! ? rzekł kapitan pociągnąwszy go do okienka.
? Widzisz, tam w dole, blisko pierwszych domów w Villa Franca, te
błyski bagnetów? Tam stoją nasi. Bierz papier, chwyć się sznura, spuść się
okienkiem, przeleć zbocze wzgórza, pole. dobiegnij do naszych i daj tę
ćwiartkę pierwszemu oficerowi, jakiego zobaczysz. Rzucaj pas i tornister!
Doboszyk w mgnieniu oka odpiął pas i tornister, wsunął papier za pazuchę, sierżant przerzucił sznur na zewnątrz i obu rękami trzymał górny jego koniec, a kapitan pomógł malcowi przeleźć przez okienko.
Słuchaj ? rzekł. ? Ocalenie całego oddziału zależy od twych nóg i od twej odwagi!
Licz na mnie, kapitanie! ? odpowiedział chłopak zawieszając się u sznura.
A przychyl się w biegu! ? zawołał jeszcze kapitan podtrzymując sznur z sierżantem razem.
Ojej! Czemu nie? ? odkrzyknął malec.
Niechże cię Bóg prowadzi!
Za chwilę doboszyk był już na ziemi, sierżant sznur ściągnął, a kapitan przylgnąwszy niemal wąsami do szyby okienka ujrzał chłopca, jak zbiegał ze wzgórza. Już pewien był, że się uda, że chłopca nikt nie spostrzeże, kiedy kilka białych obłoczków dymu, wznoszących się z ziemi przed biegnącym i poza nim, przekonało go, że Austriacy spostrzegli małego dobosza i że strzelają do niego. Ale chłopiec pędził na skręcenie karku. Nagle padł.
?Zabity! ? ryknął kapitan ściskając pięście.
Nie domówił jednak jeszcze tego słowa, kiedy chłopiec zerwał się i pobiegł znowu.
?Ach, upadł tylko! ? szepnął kapitan i odetchnął wolno.
A chłopak leciał co siły, lecz utykał nieco.
?Stłukł nogę…? ? pomyślał kapitan.
Jeszcze kilka obłoczków dymu podniosło się za chłopcem tu, to tam, ale już w oddali.
Był ocalony.
Kapitan wydał okrzyk triumfu. Nie ustawał wszakże patrzeć za nim i drżał, bo każda chwila była droga. Jeśli nie dobiegnie jak najprędzej z wezwaniem o natychmiastową pomoc, dzielni jego żołnierze padną jeden po drugim albo też będzie musiał wraz z nimi oddać się w niewolę.
A chłopiec biegł. Biegł czas jakiś jak wiatr, potem wolniej i kulejąc mocno. I znów się zebrał i biegł, ale znać było, że mu sił ubywa, i zatrzymywał się coraz, coraz częściej.
?Musiała go drasnąć jakaś kula? ? pomyślał kapitan, z drżeniem prawie śledząc wszystkie jego ruchy, i pobudzał go, mówił do niego, przynaglał, jak gdyby chłopiec mógł był go dosłyszeć, mierząc rozognionym okiem przestrzeń między biegnącym chłopcem a tymi błyskami bagnetów, które dostrzegł w dolinie wśród pól pszenicznych ozłoconych słońcem. A tymczasem świst kul i huk strzałów wstrząsał izbami pod nimi; a rozkazy oficerów gwałtownie ścierały się z ostrymi jękami ranionych i trzaskiem sprzętów, i łomotem cegieł.
Dalej! Prędzej! ? krzyczał stary dowódca ścigając wzrokiem biegnącego dobosza.
Leć! Śpiesz! Przekleństwo! Znów się zatrzymał… Ach! Biegnie znowu!… Prędzej!…
Wtem wszedł oficer donosząc, że nieprzyjaciel nie przerywając ognia wywiesił białą chorągiew i do poddania się wzywa oblężonych.
?Nie odpowiadać! ? wrzasnął kapitan wściekle, nie odrywając
oczu od biegącego chłopca, który był już w dolinie, lecz nie biegł, owszem,
zdawał się wlec ledwie.
?Ależ śpiesz!… Ależ leć, nieszczęsny! ? krzyczał kapitan ściskając
zęby i pięście. ? Zgiń, trupem padnij, łotrze, ale doleć! Ach, tchórz
niegodny!… Ach, tchórz!… Siadł znowu!…
A chłopiec, którego głowę wzniesioną widział ciągle ponad pszennym łanem, rzeczywiście z oczu mu zniknął, jakby padł na ziemię. W tej chwili przecież zobaczył ją znowu, tę głowę wzniesioną, aż póki jej w oddaleniu nie zakryły zboża.
Wtedy zbiegł gwałtownie ze schodów. A tam, na piętrze, kule grzmiały, izby pełne były rannych; niektórzy z nich kręcili się w kółko jak pijani, czepiając się sprzętów kurczowo; ściany i podłogi zbryzgane były krwią; trupy zawalały przejścia; młodszy porucznik miał prawe ramię zdruzgotane strzałem, a dym i proch grubą chmurą zakrywały wszystko.
?Odwagi! ? krzyknął kapitan. ? Nie ustępować! Stać w miejscu!
Posiłki idą! Odwagi…
Tymczasem Austriacy jeszcze się przysunęli bliżej. Wyraźnie teraz poprzez obłok dymu widać było ich złowrogie twarze, a skroś huku -strzałów dawały się słyszeć dzikie ich okrzyki, urągające małej załodze i grożące rzezią.
Kilku przerażonych żołnierzy cofnęło się od okna, ale sierżant zastąpił im drogę i zawrócił z miejsca. Powoli ogień oblężonych słabł, a zniechęcenie malowało się na wszystkich twarzach. Nie sposób było przeciągać obronę. Wtem kanonada austriacka zwolniała, a jakiś głos grzmiący krzyknął zrazu po niemiecku, a potem po włosku:
Poddajcie się!
Nigdy! ? zaryczał kapitan z któregoś okna.
I na nowo zaczęła się palba, wścieklejsza i bardziej zabójcza niż przedtem.
Kilku naszych żołnierzy znów padło.
Niejednemu już oknu zabrakło obrońców, a kapitan wołał zduszonym rozpaczą głosem:
?Nie przyjdą! Nie przyjdą!
I biegał jak szalony ściskając konwulsyjnie rękojeść szabli, gotów umrzeć raczej niż się poddać. Wtem zbiegł sierżant z poddasza krzycząc co miał siły:
Idą! Idą…
Idą! ? powtórzył krzyk ten wódz stary, nieprzytomnym od radości głosem.
Na krzyk ten wszystko, co jeszcze resztę ducha miało w sobie, zdrowi, ranni, oficerowie, żołnierze, rzucili się do okien, a ogień morderczy zagrzmiał raz jeszcze. I oto w kilka chwil można było dostrzec niepokój, a potem zamieszanie pomiędzy oblegającymi.
Natychmiast kapitan zebrał garść ochotników w dalszej izbie, żeby zrobić wycieczkę i bagnetami odeprzeć Austriaków od wzgórza, po czym znów na schody skoczył.
Zaledwie wpadł do izby, kiedy usłyszano gwałtowny tętent, któremu towarzyszyło przeraźliwie…. hurra!, a z okien ujrzano skroś dymu dwurożne czapki karabinierów włoskich, szwadron kawalerii pędzącej co pary w koniach i piorunowe błyski szabel kręcących w powietrzu młyńce i spadających na karki, na głowy…
W tejże chwili ochotnicy wypadli z pochylonymi bagnetami, a nieprzyjacielskie szeregi zachwiały się, zmieszały i zaczęły uciekać w popłochu. Wkrótce potem plac boju został oczyszczony, dom wolny, a dwa bataliony włoskiej piechoty i dwa działa zajęły wzgórze.
Ale stary kapitan złączywszy się ze swoim regimentem walczył jeszcze wraz z tą garstką mężnych, jaka mu została; a nawet jakaś zbłąkana kula zraniła go lekko w lewą rękę, w czasie starcia na bagnety.
Dzień skończył się triumfem naszych. Ale nazajutrz rozpocząwszy bój na nowo, Włosi, pomimo nadludzkich wysiłków odwagi, zwyciężeni zostali przez przeważające siły austriackie, zaś rankiem 27 zaczęli smutny odwrót ku Mincio.
Dzielny kapitan, lubo ranny, szedł pieszo razem z żołnierzami swymi, znużony i milczący, a przybywszy pod wieczór do Quito, nad Minicio, natychmiast zaczął szukać swego porucznika, który, zabrany przez nasz ambulans jako ranny w rękę, wpierw od niego nadciągnąć tam już musiał. Jakoż wskazano mu kościół, w którym był urządzony naprędce lazaret wojenny. Poszedł. Kościół przepełniony był rannymi, których ułożono w dwa szeregi, już to na łóżkach, już na materacach leżących wprost na posadzce.
Dwóch lekarzy i kilku posługaczy uwijało się tutaj, a z różnych stron słychać było stłumione krzyki i jęki.
Zaledwie wszedłszy zatrzymał się kapitan u progu i patrząc dokoła szukał porucznika swego, gdy wtem jakiś głos cienki i słaby zawołał tuż przy nim:
?Panie kapitanie!
Obrócił się ? był to mały dobosz.
Leżał on wyciągnięty na tapczanie kozłami podpartym, okryty po pierś czerwoną firanką z kościelnego okna, ręce i ramiona miał odkryte, twarz zbladła i wychudłą, ale oczy zawsze błyszczące jako perły czarne.
Tyżeś tu, chłopcze? ? zawołał kapitan zdumiony. I zaraz dodał surowym swoim głosem: ? Brawo! Spełniłeś powinność.
Com mógł, tom zrobił. Nic wielkiego… ? odrzekł mały dobosz.
Byłeś ranny? ? rzekł kapitan szukając wzrokiem swego oficera na bliskich tapczanach.
A cóż robić! ? odpowiedział chłopiec, któremu dodawała odwagi do mówienia ta ogromna radość, że dostał pierwszą, i to prawdziwą ranę, bez czego nie śmiałby oczywiście ust otworzyć wobec kapitana. ? Chociaż przychylałem się, jak mogłem, i tak mnie zobaczyli zaraz. Byłbym
o dwadzieścia minut wcześniej doleciał, żeby mi nie wpakowali kulki. Szczęście jeszcze, żem zaraz znalazł adiutanta ze sztabu i że mogłem mu oddać tę kartkę. Ale niech licho porwie, jaką miałem drogę! W gardle mi zaschło, umierałem z pragnienia, bałem się, że już nie dolecę; płakałem z wściekłości, myśląc, że każda minuta opóźnienia dla tych tam, co walczą na wzgórzu… No i jakoś się dowlokłem. Chwała Bogu! Ale, za przeproszeniem pana kapitana! Pan kapitan ma rękę skrwawioną…
Istotnie, ze skaleczonej ręki kapitana, spod zrobionego naprędce opatrunku, sączyło się kilka kropel krwi po jego palcach.
?Ja panu kapitanowi mocniej obwiążę! Pan kapitan pozwoli…
Kapitan podał rękę lewą chłopcu, a prawą wyciągnął, aby mu pomóc
odwiązać zbyt luźny węzeł bandaża i poprawić go.
Ale chłopiec zaledwie głowę uniósł od poduszki, zbladł mocno i opadł znów na nią.
?Dość już, dość! ? rzekł kapitan widząc to i usuwał zawiązaną
rękę, którą mały dobosz chciał przytrzymać. ? Pamiętaj ty o sobie,
zamiast o innych, bo nawet i małe draśnięcie może mieć złe skutki, kiedy je zaniedbasz.
Chłopiec wstrząsnął głową.
O, musiałeś ty, biedaku, niemało krwi stracić ? dodał kapitan spojrzawszy na niego uważnie ? kiedyś taki słaby!
Czym stracił dużo krwi?… Ech, panie kapitanie, żeby tylko tyle! Niech no pan kapitan spojrzy!
I ściągnął owo pokrycie.
Kapitan cofnął się krokiem w tył, przejęty zgrozą. Mały dobosz miał już tylko jedną nogę, prawą. Lewą amputowali mu aż do kolana; krwawe szmaty owijały tę straszliwą ranę…
W tej chwili przechodził mimo lekarz wojskowy, mały człowieczek, opasły, bez surduta, w kamizelce tylko.
?A, panie kapitanie ? mówił szybko, zbliżając się do małego
dobosza ? oto brzydki przypadek. Noga mogła być na pewno wyleczo
na, i to w najkrótszym czasie, gdyby jej chłopak nie był sforsował w tak
głupi sposób. Ale co z takim?… Ranny był, a leciał… przyszło zapalenie,
gangrena i trzeba było uciąć. No, ale chłopach zuch! To trzeba mu
przyznać. Żeby zapłakał, żeby zakrzyknął, nie! Najdzielniejszy włoski
chłopak, jakiegom kiedykolwiek operował, słowo honoru! Dobra w nim
krew! ? I śpiesząc się odszedł.
A kapitan namarszczył wielkie siwe brwi i utkwił spojrzenie w chłopcu naciągnąwszy na niego przykrycie, po czym, jakby mimowolnie i ciągle patrząc na małego dobosza, podniósł rękę do głowy i zdjął kepi.
?Panie kapitanie! ? wykrzyknął zdumiony chłopiec. ? Co pan kapitan robi?… Przede mną?…
A wtedy ów szorstki żołnierz, który nigdy łagodnego słowa nie wyrzekł do swoich podwładnych, odpowiedział głosem niewypowiedzianie słodkim i wzruszonym:
? Kapitanem tylko jestem, a ty… bohaterem! ? To mówiąc rzucił się z otwartymi ramionami na małego dobosza i po trzykroć ucałował jego pierś, tam gdzie bije serce.


View this Post in: English Chinese(S) French Arabic Danish Finnish German Italian Norwegian Polish Portuguese Russian Spanish Swedish


Komentuj

Leave a reply

:alien: :angel: :angry: :blink: :blush: :cheerful: :cool: :cwy: :devil: :dizzy: :ermm: :face: :getlost: :biggrin: :happy: :heart: :kissing: :lol: :ninja: :pinch: :pouty: :sad: :shocked: :sick: :sideways: :silly: :sleeping: :smile: :tongue: :unsure: :w00t: :wassat: :whistle: :wink: :wub:

ekran - Śruby trapezowe - Gry dla dziewczyn - noclegi sopot - Tani Hosting
WP Theme&IconsbyN.Design Studio
Entries RSSComments RSSZaloguj