We Włoszech krańcem wulkanicznego krateru przechadzał sie pewien młodzieniec. Podziwiał krajobraz rodzinnej miejscowości. Najnormalniejszego miasteczka w którym młodzi bawią sie, dorośli pracują, a dziadkowie modlą się. Czasem najstarsi z nich rozpamiętują pradawne opowieści o niszczącej sile ognia.
Chłopak zwykł chadzać ścieżka wzdłuż krańca krateru prawie codziennie. Od czasu do czasu wrzucał do środka małe kamyki. Na dnie kończyło sie to zazwyczaj lawina żwiru i hałasem potęgowanym przez echo. Taka zabawa wywoływała w nim emocje, sprawiała mu przyjemność. Każdego dnia tą samą ścieżką i tym razem mijał owalny głaz. Na nim zawsze opierał pierwszy krok wspinając sie wyżej na bardziej stromym odcinku. -Gdybym ten głaz zepchnął? -pomyślał. Od pomysłu nie minęło dużo czasu. Głaz podkopany i wsparty młodymi silnymi ramionami drgnął i zaglądnął w czeluść krateru. Pchnięty wraz z resztkami oddechu ukosem staczał sie po stromym zboczu porywając coraz to nowe i nowe przeszkody. Najpierw tylko mniejsze. Gdy nabrał pędu również te większe, o których poruszeniu własnymi siłami chłopak nie mógł nawet marzyć. Chłopak szybko stracił go z oczu w chmurze pyłu. Teraz cieszył się naprzemiennym grzmotem echa. Potężnymi dudnieniami które nakładały się na siebie wzajemnie potęgując. Ekspansja wirujących we wszystkich kierunkach kłębów pyłu dawała mu poczucie jego własnej potęgi. Spoglądając w dół krateru czuł jak jego życie wlewa sie w to miejsce. Wrażenia sprawiały że był bliżej poznania czegoś głębokiego, przeszywającego do wnętrza. Przenosząc sie pomiędzy wymiarami percepcji coraz dalej, pierwotniej, wyraźniej i intensywniej wydawało mu sie że to ziemia drży pod nim. Że jego panowanie rozszerza sie poza krater na całą górę, w powietrze i przestworza. Wszystko co go otacza jest przepełnione jego własną energia. To ona jest tą pierwotna siłą która stała się przyczyną wszystkiego co się teraz dzieje. Dwukrotnie, dziesięciokrotnie, stukrotnie mnożył i potęgował swą wewnętrzną siłę upojony ogromem żywiołu który obudził, nad którym panował, który stworzył … Długo po tym jak opadły ostatnie dostrzegalne ludzkim okiem ziarnka pyłu młodzieniec siedział jeszcze w miejscu skąd wszystko zapoczątkował. Odpoczywał…
Wracając do domu chłopak nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co sie wydarzyło. Odczuwał satysfakcje i tylko to miało dla niego sens. Kilka dni później aktywność sejsmiczna spowodowała erupcję. Zginęły całe rodziny, ich domy i dorobek, wreszcie popiół zrównał z ziemia wszystkie szczątki. Teraz gdzieś dalej inny mężczyzna klęczy z rozpaczy uderzając kamieniem w pobliska skałę. Zginęła cała jego rodzina, pogrzebany został cały dorobek, a na jego ziemi za jego życia nie urodzi się już żadna roślina. On przeżył. Wyjedzie i spróbuje od nowa lecz koszmar nocy i wspomnienia piekła pozostaną …
Komentuj














Powiem tyle, [ocenzurowan] :D:D
You know what I mean :D:D:D:D
Respect ! [ocenzurowano] :D
View this Comment in:

Odpowiedz dla Krzysiekta opowieść zainspirowała mnie do przytoczenia tu innej opowieści o ile mogę, jak nie to usuniesz ten post. Skoro jest to temat jak jednostka wpływa na innych, to ja chciałbym pokazać jak ważna jest jednostka wśród tysięcy, milionów itp. Przykładowo dyrektor szpitala nie może widzieć liczb, on musi widzieć pacjentów, ich twarze, ich schorzenia… ich osobowość, ich byty. Ale nie o tym ma być opowieść…. Chciałem przedstawić coś co znalazłem w książce pod tytułem “Balsam dla duszy”. Jest to książka w której znajdziemy ukojenie myśli i duszy w prymitywnej codzienności. Zapraszam do lektury:
Rozgwiazda
Pewien nasz przyjaciel o zachodzie słońca wybrał się na swój zwyczajowy spacer opustoszałym brzegiem morza. Idąc tak w zamyśleniu, spostrzegł nagle w oddali sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Podszedłszy nieco bliżej, przekonał się, że to ktoś miejscowy, jakiś Meksykanin. Mężczyzna bezustannie schylał się, podnosił coś i ciskał to do wody.
Gdy nasz przyjaciel zbliżył się jeszcze bardziej, dostrzegł, że Meksykanin zbiera tak rozgwiazdy, które fale oceanu wyrzuciły na plażę. Wielce zaintrygowany podszedł do mężczyzny i powiedział:
- Dobry wieczór, amigo. Przechodziłem właśnie tędy i zastanawiałem się, co robisz.
- Wrzucam te rozgwiazdy z powrotem do wody. Widzi pan, mamy odpływ i wszystkie je wyniosło na brzeg. Jeśli nie wrócę ich morzu, umrą z braku tlenu.
- Rozumiem… - odparł nasz przyjaciel. - Lecz takich rozgwiazd muszą być pewnie na tej plaży tysiące i w żaden sposób nie uda ci się uratować wszystkich… Jest ich po prostu zbyt wiele. Poza tym zdajesz sobie chyba sprawę - tłumaczył - że na tym tylko wybrzeżu podobnych plaż są setki i na każdej z nich morze wyrzuciło pełno rozgwiazd. Nie sądzisz, więc przyjacielu, że to, co robisz, nie ma większego znaczenia?
Meksykanin uśmiechnął się, a potem pochylił, podniósł kolejną rozgwiazdę i wrzucając ją do wody, odrzekł:
- Ma znaczenie dla tej!
View this Comment in:

Odpowiedz dla Buddy